Relacja Dzika

 

Wyjazd na najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich oraz Kamiennych odbył się w dniach 31.05 – 01.06, czyli trwał aż dwa miesiące. W maju wspięliśmy się na Borową a w czerwcu na Waligórę. Na oba szczyty weszła cała (i to całkiem spora) ekipa. Zapragnąłem zostawić po tym wyjeździe wpis swojego autorstwa, bo był on dla mnie wyjątkowy. Między innymi najmniej stresujący i najbardziej wesoły ze wszystkich wypadów RNS, w których brałem udział. Zaczął się tradycyjnie – na dworcu PKS we Wrocławiu. Zaraz, zaraz, zaczął się przecież godzinę wcześniej – kiedy to z metropolii Wielka Ligota wyruszyła Super Flota. I na dworcu też tak do końca tradycyjnie nie było bo nam nasze drzewo wycięli. W każdym razie ekipa punktualnie pojawiła się w miejscu zbiórki. Nad wszystkim od początku do końca czuwała nasza kierowniczka – Asia.

Start
Błyskawicznie pakujemy się do aut i udajemy się do Zacisza Trzech Gór nad Jedliną Zdrój. Tam jesteśmy atrakcją dla miejscowych koni, które robią sobie z nami zdjęcia. Pogoda piękna, taka jak na niemieckich prognozach pogody. Co ciekawe, wg prognoz polskich miało cały dzień padać i strzelać piorunami. Borową zdobywamy w czasie szybszym niż zakładaliśmy. Już po 1,5h wbiegamy na zalesiony wierzchołek w takim tempie, że aż zwiewa kartkę z nazwą szczytu ze słupka. Przyszedł czas na zasłużony odpoczynek, który mało brakowało a trwałby dłużej niż samo wejście. Gdy wróciliśmy na parking, zamówiliśmy lody, kawę i rozsiedliśmy się przed pensjonatem. Nasze śmiechy słychać było w całej okolicy. I ta atmosfera nie opuszczała nas do końca wyjazdu. A działo się przecież jeszcze sporo. Wycieczka na Skały Krasnoludów, zabawy w odgadywanie słów i skojarzenia, a na koniec ognisko do późnej nocy. Nawet właściciele pensjonatu nie mieli nic przeciw, żeby spalić im schody czy też więźbę dachową. Cokolwiek to było. Rano pojechaliśmy do Andrzejówki w Góry Kamienne i przypuściliśmy szturm na Waligórę. Na szczycie cukierki-niespodzianka, jako prezent na dzień dziecka od mamy naszej kierowniczki wycieczki. Paweł postanowił cukierkami poczęstować pojawiające się na szczycie dzieci. Początkowo rozdawał po dwa cukierki, lecz przy 12-tym dziecku zwątpił i zaczął w panice odbierać cukierki dorosłym. Bał się, że mu nie starczy.

Przed zejściem zaproponowałem, by utworzyć grupę chętnych do zmierzenia się z trudniejszym – znacznie bardziej stromym zboczem góry. Szczerze – gdybym wiedział co nas czeka to bym się chyba sam dyskretnie z tej grupy wycofał. Droga była krótsza, ale zaskakująco stroma, wyślizgana, usiana kamieniami, powalonymi pniami, gałęziami i korzeniami. Z podziwem patrzyłem na schodzących. Na Pawła, Edytę, Kamilę, Magdę, Agnieszkę, Łukasza, Monikę, Agnieszkę, Karola i Justynę. Chwileczkę, a gdzie wolontariusze? Nie ma ich z nami?
I nagle uświadamiam sobie coś niesamowitego. Nie ma już podziału na wolontariuszy i uczestników. Ten podział nie jest już potrzebny. Karol asekuruje Justynę, Monika prowadzi Kamilę, Agnieszka ostrzega Magdę przed najtrudniejszymi miejscami. Z przodu Edyta wspiera się na Pawle. Za nami świetnie i całkowicie samodzienie radzi sobie Łukasz. Granice się zatarły. Ta grupa, którą niektórzy mogliby nazwać grupą osób niepełnosprawnych, jest w stanie zdobywać szczyty. Samodzielnie? Nie, lecz w jeszcze w piękniejszym stylu – wspólnie sobie pomagając. Nasz projekt się wkrótce zakończy. Na wejście uczestników projektu Razem Na Szczyty czeka ostatnia góra – ta najwyższa w całej Polsce. A co potem? Osobiście nie wyobrażam sobie, byśmy mieli już razem się nie udać w góry. I czuję, że to nie my Was będziemy w nie zabierać, ale Wy nas.
I z góry za to dziękuję
Dziku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eighteen − fifteen =