Wyjazd w Góry Izerskie 9-10.03.2024

Za nami pierwszy w tym sezonie wyjazd z Razem na Szczyty. Tym razem pojechaliśmy w Góry Izerskie, by zdobyć jeden z najwyższych szczytów – Stóg Izerski.

W sobotę trzeba było wcześnie wstać, by punktualnie stawić się przed blokiem 20 minut przed 6. Jechałem z Anią, Markiem, Gosią i Romanem. Wbrew obawom, podróż minęła bardzo szybko jak na dystans ponad 400 km. Na miejscu zbiórki byliśmy po godzinie 10. Z czasem parking wypełniał się samochodami z różnych zakątków Polski. Po oficjalnych i nieoficjalnych powitaniach (które lubię chyba najbardziej) ruszyliśmy niemal zgodnie z czasem. Co niektórzy skorzystali z kolejki gondolowej, pozostali podjęli próbę wyjścia na 1105 m n.p.m. Momentami było stromo, jednak nawierzchnia była ubita, miejscami asfaltowa, gdzieniegdzie leżał śnieg i lód. Moim wsparciem technicznym podczas podchodzenia i schodzenia był team z Rybnika. Czasem spadał poziom energii, ale na szczęście był czas na postój i szybkie „naładowanie baterii”. Dojście na do schroniska zajęło nam około dwie i pół godziny. Zawsze po dotarciu do celu najcenniejszą nagrodą poza widokami jest czynne schronisko, tak było i tym razem. Po odpoczynku i napełnieniu żołądków, ruszyliśmy w drogę powrotną. Schodzenie bywa cięższe, ale ma tę zaletę, że kiedyś się kończy. Nocowaliśmy w bardzo przyjemnym ośrodku wypoczynkowym “Alma” w Świeradowie Zdroju. Warunki jak na potrzeby zmęczonych turystów były dobre, a pani gospodyni okazała niezwykłą serdeczność i empatię, dbając, by niczego nam nie brakowało. Jakość posiłków stała na bardzo przyzwoitym poziomie. Nie mogło zabraknąć wieczornej integracji, która nie trwała zbyt długo, albowiem większość osób chciała integrować się z prysznicem i łóżkiem, co po górskiej wyprawie jest oczywiste.

W niedzielę odwiedziliśmy “Czarci Młyn”. Niezwykle klimatyczny budynek z końca XIX wieku pełniący funkcję młyna do lat 50. XX w. W jego wnętrzach znalazły się udogodnienia dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. Pani przewodnik z wielką pasją i zaangażowaniem opowiadała nam o historycznych zawiłościach tego miejsca, urządzeniach oraz technice wypiekania chleba. Niemal wszystkiego mogliśmy dotknąć, a nawet spróbować paru kromek ze smalcem, bądź masłem. Co więcej, istniała możliwość zakupienia paru bochenków. Po zwiedzaniu, no cóż, pora pożegnań i w drogę. Droga powrotna przebiegła równie sprawnie i szczęśliwie. Wyjazd dobiegł końca, ale w głowie zostaną wspomnienia, które łatwo mi będzie przywołać, gdy spojrzę na pamiątkowy magnes kupiony w Czarcim Młynie.

Gorące podziękowania kieruję na ręce dwóch Ani, Marka, Marioli, Jarka, Ewy i Pawła oraz wszystkich osób niosących pomoc. Do zobaczenia na szlaku już niebawem!

Maciej Ozga

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

dwadzieścia − siedem =